Prolog
Oto jestem. Ja, człowiek. Chcę być szczęśliwy. Szukam szczęścia. Przyszedłem na świat w slumsach Brazylii. Urodziłem się w rodzinie bogatego szwajcarskiego bankiera. Moja mama ułożyła mnie na posłaniu z trawy; na tych terenach Afryki prawie nie rosną żadne drzewa. W luksusowym szpitalu w Norwegii nawet środki dezynfekcyjne potrafią pięknie pachnieć.
Jeszcze tylko kilka minut. Za chwilę ta stara kobieta będzie wystarczająco zmęczona, by nawet nie zauważyć, że ze stolika zniknie jej kilka precelków. Ale będzie uczta! Pierwsza od dwóch dni! Bo ten nowy model porsche wcale nie jest taki doskonały, jak go reklamują. W środku jest bardzo głośno no i jest twardy - strasznie tłucze na nierównościach. Ale jak go kupię, to i Hansa i Arnolda szlag trafi, a to jest warte każdych pieniędzy. Wiem, wiem - Lamborgini jest też niezłe, ale Porsche to klasa sama w sobie.
Kilka dni temu Tjingee uśmiechnęła się do mnie! Od tego momentu zacząłem marzyć na jawie. My, Murzyni, bardzo lubimy się kochać. Jesteśmy ludem pasterskim, i kiedy właściciele stad idą na długie tygodnie pilnować zwierząt, ktoś musi zajmować się ich kobietami. U nas, ludów Himba, to nie jest nic niezwykłego. Będę musiał porozmawiać na osobności z Tjingee. Tjingee - jak to słodko brzmi... Jak można nie mieć najnowszego iPhona? Przecież ten model z poprzedniego roku to już normalna kaszana! Wszyscy już mają ten nowy, a mnie nie stać! Dlaczego nie mam tyle kasy, co inni! To ma być równość? To ma być wolność?
Rana na nogze paskudnie śmierdzi. Pewnie ropieje - w takim gorącu jak jej się nie odkazi, może paprać się długo. Kto mógł przewidzieć, że stara tak pilnuje tych swoich wypieków? I że akurat będzie przechodził jakiś wściekły policjant, który najpierw strzela, a później pyta o co chodzi? Zresztą - co to dla niego jakiś obdarty gówniarz z faweli? Na tym krawężniku nie powinno nic wystawać! Nie w Lucernie, nie w porządnym Szwajcarskim mieście! No i jak można podukować samochody, co na głupim stalowym kawałku szyny zostawiają prawie pół silnika!
Pół silnika! Od początku mówiłem, że Porsche to gówno! Zwłaszcza, że ten Nimo wcale nie jest przystojniejszy. Najerst się ze mną spotykała, już prawie blisko było, a tu naraz pojawił się ten palant, Nimo, z sąsiedniej wioski! Że niby kuzyn jej chłopa, to ma się nią zaopiekować. No i znowu igła się gdzieś zatkała. Pieprzony kraj - żeby nawet igieł nie można było użyć ze trzy razy. Nie po to się przecież inwestuje w wielorazową strzykawkę - a to już przecież rarytas - żeby znowu wracać do tego barachła ze wschodu. Bo to już nie tylko ćpanko, ale i strzykawki przemycają, żeby taniej było...
Oto jestem. Ja, człowiek. Chcę być szczęśliwy. Szukam szczęścia.
Wstęp
Jak stać się człowiekiem szczęśliwym? Chyba od zawsze ludzie zadawali sobie tego typu pytanie - a wielu szukało na nie odpowiedzi. Najczęściej wiernie wypełniając zalecenia przeróżnych guru, nauczycieli czy przewodników duchowych, wyjeżdżając do Indii czy udając się na pustynię. Mimo tego niewielu z nich zrozumiało, że naśladowanie nie jest najlepszą metodą poszukiwania siebie i swojego szczęścia - głównie dlatego, że droga każdego człowieka jest inna, i to pod każdym względem - a spojrzenie na nią może być jedynie wskazówką, ukazaniem kierunku, a nie precyzyjną recepturą prowadzącą do celu.
Wiąże się z tym także problem sposobu przekazu - o sprawach natury duchowej, wewnętrznej, nie jest łatwo mówić przystępnym językiem - praktycznie każde użyte słowo jest jedynie przybliżeniem, najczęściej bardzo nieudolną próbą opisu tego, co wewnątrz człowieka się dzieje, i to pod warunkiem, że nie powoduje jednocześnie zniekształcenia przekazu. Anthony de Mello¹ zobrazował to kiedyś opowieścią o człowieku, który chciał dowiedzieć się jak smakuje zielone mango. Gdy usłyszał, że jest kwaśne, pytał dalej - kwaśne jak co? Jak ocet? Jak cytryna? No, nie - kwaśne jak mango. Nigdy nie próbowałem manga - stwierdził w końcu pytający. Ale z czasem nie dawało mu to spokoju i w końcu postanowił napisać na ten temat doktorat. A przecież nie musiałby tego robić, gdyby po prostu spróbował! Bo duchowość - to przede wszystkim osobiska praktyka.
Jan de Yepez, znany bardziej jako święty Jan od Krzyża, po próbie przekazania doświadczeń swojej drogi duchowej na wielu tysiącach stron napisanych przez siebie dzieł, kwintesencję zawarł w prostym rysunku „Góry Doskonałości" i w czterech zwrotkach niezwykłego wiersza o tytule „Góra Karmel".
I właśnie z powodu trudności w przekazywaniu tego, co związane jest z duchowością człowieka także i to opracowanie, którego źródła można szukać na pielgrzymkowym szlaku do Santiago de Compostella w Hiszpanii, będące w gruncie rzeczy kompilacją wypowiedzi wielu autorów i badaczy, jest jedynie próbą przybliżenia tego tematu, szkicowym poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie: jak szukać szczęścia, jak stać się człowiekiem szczęśliwym i w końcu - na czym polega dojrzała miłość, będąca celem i sensem życia.
Odpowiedzi na tę kwiestię trudno szukać jedynie w psychologii - zajmuje się ona głównie próbami przywracania równowagi zaburzonej w człowieku w taki czy inny sposób, choć oczywiście i w tym obszarze nauki istnieją interesujące prace, zwłaszcza amerykańskich badaczy, którzy wysłuchiwali ludzi szczęśliwych i badali ludzi określanych przez nich jako samorealizujących się. Rozumiejących, że droga do zdrowego pod względem psychologicznym i szczęśliwego człowieka wiedzie przez jego samopoznanie. Bo to właśnie odpowiedź na pytanie: „Kim jestem" jest kluczową odpowiedzią podczas poszukiwania osobistego szczęścia. A także odpowiedzią na możliwość dojrzałej miłości wobec innego człowieka czy nawet transcendentnego Boga.
W sytuacji, kiedy człowiek wie, kim jest, jakie są jego rzeczywiste pragnienia, wady i ograniczenia, a także zalety i silne strony, staje się w pełni człowiekiem - osobie świadomą swojego bytu, „nietworzoną" przez opinie i ogląd innych ludzi - osobą pełną pokory, czyli akceptującą w pełni rzeczywistość taką, jaka jest². Przejawem tej dojrzałości jest to, że żadne słowa z zewnątrz nie są w stanie człowieka zranić - on bowiem, znając siebie, wie, jak jest naprawdę, zatem nic nie jest w stanie zaburzyć jego obrazu wewnętrznego, nie jest w stanie zaburzyć jego wewnętrznego spokoju. Taki człowiek nie potrzebuje już widzieć siebie w oczach innych - może widzieć siebie przez pryzmat rzeczywistości takiej, jaką poznał. Wówczas, po poznaniu, może zaakceptować siebie ze swoimi ograniczeniami i słabościami, i wybaczyć sobie własne błędy. Stać się człowiekiem wewnętrznie wolnym.
Dopiero w takim stanie może komuś - Bogu, ale i człowiekowi, ofiarować część lub większość swojej wolności. Jeżeli człowiek kocha kogoś miłością dojrzałą oddaje mu część swojego wolnego czasu, oddaje część wypracowanych dóbr, oddaje swoje zainteresowanie i zatroskanie losem drugiej osoby. Oddaje część swoich potrzeb, a przede wszystkim wolności, na jej rzecz. Oddając staje się szczęśliwy.
Wewnętrzna cisza, która pojawia się u człowieka szukającego siebie nie pozwala mu także przejść obojętnie wobec śladów transcendencji pojawiających się w trakcie tej drogi - i to obojętne, jakie są jego przekonania religijne, a nawet czy je w ogóle ma. Poszukiwanie siebie można rozpocząć w każdej chwili i w każdym momencie. I być może to opracowanie będzie w stanie komuś w tym pomóc, ale być może też - wcale nie.
Ponownie cytując Anthonego de Mello: „Nie spodziewajcie się, aby to co mówię, pomogło komukolwiek. Mam jednak nadzieję, że tym, co mówię, również nikomu nie zaszkodzę. Jeśli moje rozważania miałyby wyrządzić ci jakąś szkodę - to przyczyna tej szkody tkwi w tobie. Jeśli udałoby się w czymś tobie dopomóc - to sam tego dokonałeś".
La ruta de la vida. Droga życia.
Jakoś trudno w to uwierzyć. Facet w kącie sali ma ewidentnie katar, bo po każdym donośnym sapaniu i pochrapywaniu dramatycznie zasysa powietrze przez usta, ale na szczęście jest daleko - w kącie kilkunastoosobowego pomieszczenia - większym problemem jest para, która zamontowała się na nieodległym piętrowym łóżku kobieta swoim charakterystycznym poświstem mogłaby zagłuszyć wszystkie wiertarki z pobliskiej kastylijskiej wioski, a jej facet mamrotaniem przez sen opowiada zapewne, jak to się wszystko zaczęło. I tak już od czterech - pięciu godzin, od momentu, kiedy o dwudziestej drugiej wygaszono światła i schronisko powinno zacząć pulsować jedynie cichym ciepłem śpiących, zmęczonych ludzi.
Jak oni, ci ludzie, to robią, że mogą spać w takich warunkach? Z zatyczkami do uszu zawsze jest problem. Jak są za małe, to trudno je znaleźć jak wypadną, jak za duże to znowu niewygodnie spać na boku, bo uwierają. Powinny być w sam raz - można je sobie poprzygniatać dla swoich potrzeb i wtedy będą w miarę pomocne. Dobrze założone odsuwają człowieka od świata jakby za grubą kotarę, za którą jest inne życie. Życie w ciszy.